Gdzie leży odpowiedzialność, gdy zainspirowani mediami społecznościowymi wspinacze popadają w kłopoty?

- Autor, Will Fyfe
- Czas czytania: 8 min
Dwóch wędrowców utknęło na odludnym zboczu po zmroku - setki kilometrów od domu - po tym, jak do górskiej wyprawy zainspirował ich film na TikToku.
Może to brzmieć jak ekstremalny przypadek – ale dla Mike'a Parka, przewodniczącego górskiej służby ratunkowej Anglii i Walii (Mountain Rescue England and Wales), to znajoma historia.
„Mieliśmy dwie osoby uwięzione na wzgórzu o 20:00, bez latarek. Jedna miała nieco ponad 20 lat, druga była po trzydziestce. To był ich pierwszy raz na górskim szlaku. Przejechali długą drogę, bo zobaczyli trasę na TikToku. Wyruszyli na wędrówkę o 14:00 — zbyt późno — ubrani w krótkie spodenki i T‑shirty, mając przy sobie jedynie jedzenie na piknik," wspomina Park.
„Zeszli z trasy, znaleźli się w nieznanym terenie – ale zrobili to, co należało i wezwali pomoc".
Park mówi, że z podobnymi zgłoszeniami spotyka się dziś wielu z jego współpracowników.

Źródło zdjęcia, Getty Images
Jego zespół ratowniczy zdołał bezpiecznie odnaleźć dwójkę wędrowców i sprowadzić ich ze wzgórza. Jednak incydent jest doskonałą ilustracją zmieniających się wzorców zachowań.
Sytuacja turystów była wynikiem ich własnych decyzji – nie byli przygotowani i wpadli w kłopoty. Dodatkowa odzież oraz dobre latarki mogłyby umożliwić im samodzielny ratunek - jednak szybko wezwali pomoc, gdy zorientowali się, że coś jest nie tak. Ta decyzja, jak mówi Park, uchroniła ich przed znacznie poważniejszymi konsekwencjami.
„Gdybyśmy do nich nie dotarli, utknęliby tam na całą noc, w ciemności. Jestem przekonany, że do rana cierpieliby na hipotermię – być może nie byliby w stanie chodzić".
Według ratowników górskich w ostatnich latach wyraźnie wzrosła liczba osób wymagających pomocy.
To rozpaliło delikatną, ale ważną debatę. Kto odpowiada za bezpieczeństwo w górach? I czy większa liczba znaków ostrzegawczych, a nawet bariery, są sposobem na ratowanie życia w naszych najbardziej niebezpiecznych krajobrazach? Czy ryzyko jest ceną, jaką płacimy za prawdziwą przygodę?
Coraz więcej zgłoszeń

Źródło zdjęcia, Corbis via Getty Images
Liczba wezwań do górskich służb ratowniczych systematycznie rośnie od dziesięcioleci. Dane niezależnego organu publicznego podlegającego brytyjskiemu ministerstwu — Sport England — wskazują, że w ostatnich latach nastąpił szczególny wzrost: liczba osób regularnie wchodzących na wzgórza i w góry zwiększyła się z 2,8 mln w 2018 roku do 3,6 mln w 2024 roku.
Według tej instytucji prowadzenie aktywnego trybu życia może przynosić brytyjskiemu systemowi ochrony zdrowia oszczędności rzędu miliardów funtów rocznie, dzięki ograniczeniu liczby osób zapadających na przewlekłe choroby.
Przyczyniło się to jednak również do gwałtownego wzrostu liczby akcji ratunkowych podejmowanych przez wolontariuszy tworzących tzw. „czwartą służbę ratunkową" w Wielkiej Brytanii.
Z danych Mountain Rescue England and Wales wynika, że w Anglii i Walii liczba interwencji podejmowanych przez zespoły ratownicze podwoiła się w ciągu ostatniej dekady, przekraczając w 2024 roku 3 000 rocznie.
W Polsce zarówno TOPR, jak i GOPR wskazują, że w ostatnich latach wzrosła liczba osób uprawiających turystykę górską. Wraz ze wzrostem liczby turystów rośnie liczba wypadków, a co za tym idzie — interwencji ratunkowych.
Po polskiej stronie Tatr w 2025 roku przeprowadzono 1 047 akcji ratunkowych, w tym 316 z użyciem śmigłowców — było to jednak o 10% mniej niż w poprzednim roku. Ciężkich urazów doznały 492 osoby, a 16 zmarło. Zdecydowaną większość stanowiły wypadki turystyczne.
GOPR odnotował znacznie niższe liczby w tym samym okresie, jednak również tam zauważono wzrost — ratownicy interweniowali 342 razy, co, zdaniem tej jednostki, stanowi znaczący wzrost w porównaniu z rokiem 2024, gdy odnotowano 286 takich interwencji.
Gdzie szukać powodów?

Źródło zdjęcia, BBC/ Getty Images
Jednym z kluczowych trendów, na które zwracają uwagę zespoły ratownicze, jest gwałtowny wzrost liczby zdarzeń z udziałem młodszych osób w wieku od 18 do 24 lat. W Anglii i Walii liczba wezwań dotyczących tej grupy wiekowej niemal się podwoiła między 2019 a 2024 rokiem — ze 166 do 314.
Obecnie jest to najczęściej ratowana grupa wiekowa, wyprzedzając osoby po pięćdziesiątce, które wcześniej najczęściej potrzebowały pomocy.
Mike Park przez ostatnie 40 lat działał w górach Lake District (parku narodowym w północno‑zachodniej Anglii), ratując osoby znajdujące się w niebezpieczeństwie. Zaobserwował on znaczącą zmianę w podejściu młodszych ludzi do aktywności na świeżym powietrzu — uważa jednak, że do ogólnego wzrostu liczby interwencji przyczyniły się również lepsza technologia oraz szersze zmiany społeczne w ciągu ostatnich kilku dekad.
„Nie ma znaczenia, ile masz lat — społeczeństwo jest dziś bardziej skłonne do podejmowania ryzyka, bardziej polega na pomocy z zewnątrz, ma mniejszą świadomość zagrożeń w terenie i jest gorzej przygotowane" — mówi.
„Kiedy zaczynałem, nasz zespół przeprowadzał 10–15 akcji rocznie. Teraz średnio jest to około 100. Wzrost nie był stopniowy — w ostatnich 10 latach, a zwłaszcza po pandemii Covid‑19, znacząco przyspieszył".
Park uważa, że część atrakcyjności brytyjskich gór wynika z faktu, że do większości z nich można łatwo dotrzeć w ramach jednodniowej wycieczki.
Może to prowadzić do poczucia nadmiernej znajomości tych miejsc — a w rezultacie do błędnej oceny tego, jak obce i niebezpieczne mogą być te środowiska — sugeruje Park.
Park mówi, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu wiele osób wybierających się w góry w traktowało to jako swoje główne, a często jedyne, zajęcie — byli „turystami górskimi lub alpinistami, i na tym koniec". Dziś aktywność na świeżym powietrzu można łatwo łączyć z licznymi obowiązkami zawodowymi i innymi formami spędzania wolnego czasu.
„Jest teraz tak wiele możliwości, że nie skupiamy się na jednej rzeczy. Jednego tygodnia ktoś może spędzać czas na łonie natury, w następnym chodzić na basen, a tydzień później wyjechać na wakacje," mówi.
Ratownicy podkreślają, że fakt, iż miliony ludzi każdego roku inspirują się do samodzielnego wychodzenia na łono natury — zachęceni opowieściami o korzyściach dla zdrowia fizycznego i psychicznego oraz pięknymi zdjęciami rozpowszechnianymi w mediach społecznościowych — należy uznać za dobrą wiadomość.
Jednak rzeczywistość tak dużej liczby początkujących zaczyna odbijać się na niektórych najbardziej obciążonych zespołach ratowniczych, które coraz częściej zmagają się z wyczerpaniem i brakami kadrowymi.
Warto podkreślić, że żaden z zespołów ratowniczych, z którymi rozmawialiśmy, nie ma nic przeciwko przeprowadzaniu tego typu akcji — są wdzięczni, że mogą pomagać potrzebującym i zapobiegać pogorszeniu sytuacji. Nie ma znaczenia, jak ktoś znalazł się w niebezpieczeństwie — ważne jest, że ratownicy mogą pomóc mu bezpiecznie zejść na dół.
Według Parka fakt, że ludzie wydają się bardziej skłonni do podejmowania ryzyka — a następnie szybciej sięgają po telefon, gdy coś pójdzie nie tak — zasadniczo zmienił charakter akcji ratunkowych, jakie prowadzą jego zespoły.
„Dziesięć lat temu 70% wezwań wynikało z tego, że ktoś fizycznie nie był w stanie zejść ze wzgórza," mówi.
„Teraz większość osób nie doznała żadnych fizycznych obrażeń — problem polega na tym, że psychicznie nie są w stanie zejść, ponieważ nie były przygotowane na warunki w terenie".
Innymi słowy, ich organizm pozwala im zejść z gór, ale brakuje im doświadczenia, pewności siebie lub odpowiedniego wyposażenia, by zrobić to bezpiecznie.
Internetowi influencerzy

Źródło zdjęcia, Getty Images
Wielu ratowników górskich uważa, że rosnąca liczba internetowych influencerów odgrywa w tym rolę. W serwisach takich jak TikTok i Instagram pojawiają się zdjęcia oraz filmy zachęcające ludzi do odwiedzania malowniczych płaskowyżów i wodospadów.
Jak wyjaśnia Martin McMullan z Mourne Mountain Rescue Team w Irlandii Północnej, przypadki osób inspirowanych mediami społecznościowymi „dawniej należały do rzadkości, a teraz są na porządku dziennym".
„Ludzie wyszukują charakterystyczne miejsca spopularyzowane przez influencerów. Niektórzy jadą tam po prostu, żeby to przeżyć — inni próbują tworzyć własne treści na swoje platformy."
W niektórych rzadkich przypadkach — jak twierdzi McMullan — influencerzy mogą nawet próbować doprowadzić do sytuacji, w której będą musieli zostać uratowani, aby stworzyć bardziej interesujące treści na swoje kanały. Kilka lat temu nabrał on podejrzeń w związku z jednym przypadkiem, kiedy jego zespół został wezwany na najwyższy szczyt Irlandii Północnej w „bardzo trudnych" zimowych warunkach, przy temperaturach poniżej zera.
Na szczycie, jak mówi McMullan, znaleźli grupę młodych ludzi, których eskortowano przez część drogi w dół, zanim wezwano śmigłowiec, aby ewakuować ich w bezpieczne miejsce. Dopiero kilka dni później, gdy zwrócił na to uwagę znajomy, McMullan zdał sobie sprawę, że całe zdarzenie zostało przez tę grupę nagrane — młodzi ludzie trzymali telefony w rękach nawet podczas akcji ratunkowej.
„Transmitowali na żywo fragmenty tego zdarzenia — nawet gdy sytuacja stała się niebezpieczna. W tamtym momencie nie byliśmy tego świadomi. Prawdopodobnie uznali, że to świetny materiał do mediów społecznościowych".
McMullan mówi, że choć nie był to pierwszy raz, gdy uczestnicy akcji ratunkowej filmowali jej przebieg, chcąc uchwycić dramatyzm tej pracy, był to pierwszy przypadek, gdy jego zespół podejrzewał, że grupa wyruszyła w góry z zamiarem doprowadzenia do własnej akcji ratunkowej — czemu jednak sami jej uczestnicy zaprzeczyli.
'Góra nigdzie nie ucieknie'

Źródło zdjęcia, Universal Images Group via Getty Images
Nie oznacza to jednak, że tragiczne wypadki nie zdarzają się nawet najbardziej doświadczonym wspinaczom. Jack i jego dwaj najlepsi przyjaciele przejechali kilka godzin ze swojego rodzinnego miasta Barnsley, aby dotrzeć w góry Eryri, znane również jako Snowdonia, w północnej Walii. Zainspirowani — po lockdownach związanych z pandemią Covid‑19 — poczuciem wolności, jakie dawały im góry, trzej mężczyźni po dwudziestce wykorzystywali każdą możliwą okazję do wędrówek. Byli zaangażowani, w dobrej formie i doświadczeni — ale tym razem, zaledwie „10 metrów od szczytu" Glyder Fawr, wznoszącego się na wysokość kilku tysięcy stóp, wszystko poszło nie tak.
Skała, której Jack się chwycił, oderwała się w jego rękach. Przyjaciele nie mogli nic zrobić, patrząc, jak spada. W jednej chwili stoczył się — znikając im z oczu. Tego dnia trzech przyjaciół weszło na górę. Wróciło tylko dwóch.
Było to najbardziej dobitne przypomnienie o nieprzewidywalności i zagrożeniach czyhających tuż pod powierzchnią jednych z najbardziej malowniczych krajobrazów Wielkiej Brytanii — nawet dla tych, którzy są dobrze przygotowani.

Podczas dochodzenia w sprawie śmierci Jacka koroner zauważył, że młodzi mężczyźni byli dobrze wyposażeni i mieli wystarczające doświadczenie na wybraną przez siebie trasę.
„Jack był tym, który absolutnie najbardziej z nas wszystkich to kochał" — mówi Brandan, jeden z jego przyjaciół. „Prawdopodobnie był najlepszym wspinaczem spośród nas — był świetny — zawsze mnie motywował, wierzył, że dam radę, nawet kiedy sam w to nie wierzyłem.
Gdybyśmy po jego śmierci przestali wychodzić w góry, Jack by nam tego nie wybaczył".
Jak podkreśla Brandan, kluczowe jest, by osoby szukające przygód były zawsze świadome ryzyka.
„W naszym przypadku, jeśli ktoś nie czuje się bezpiecznie, zawracamy. Bez dyskusji. Zawsze będzie inny dzień" — mówi. „Góra nigdzie nie ucieknie— zawsze tam będzie".
Źródło zdjęcia: Getty Images
Ten tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu zostały użyte narzędzia AI, jako część projektu pilotażowego.
Edycja: Kamila Koronska







